Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Leszek Miller: I dla mnie, i dla lewicy, to był ciężki rok

dodano 2015-12-24 09:15 w kategorii: Ludzie

I dla mnie i dla lewicy, to był ciężki rok. Na pewno w noc sylwestrową powiem: „Dobrze, że stary rok sobie poszedł. Oby ten 2016 był lepszy, niż ten, który właśnie mija” - mówi przewodniczący SLD Leszek Miller w wywiadzie dla "Polska The Times".

Lubi Pan święta Bożego Narodzenia?

Uwielbiam święta Bożego Narodzenia i to od czasów wczesnego dzieciństwa. Zwłaszcza wtedy te święta były urokliwe, bo wówczas były prawdziwe zimy: zaczynały się w grudniu, kończyły w marcu. Z moją mamą szliśmy na wieś pod Żyrardowem i tam spotykała się cała nasza rodzina: babcia, wszyscy moi wujkowie i wszystkie ciotki. Była wspaniała atmosfera. Po kolacji wigilijnej, my dzieci zostawaliśmy w łóżkach, a dorośli szli na pasterkę do kościoła.

Pan nie chodził na pasterkę, jako dzieciak?

Nie, dzieci były zwolnione z pasterki. Nasi wyrozumiali rodzice, wujkowie i ciotki uważali, że po tak emocjonującym wieczorze na nas powinno czekać ciepłe łóżko, a oni spieszyli do kościoła.

Ale w pierwszy dzień świat szedł Pan na mszę?

Różnie, moja rodzina była religijna, to prawda, ale bez przesady. Była wtedy msza dla młodzieży o godz. 9.00 i zachęcano nas, mnie, moje siostry cioteczne i braci, żebyśmy chodzili. No więc, jak nas silnie zachęcano, to szliśmy.

I co jedliście na kolację wigilijną, bo wigilijne menu mocno zależy od regionu?

Wychowywałem się na Mazowszu więc to były klasyczne polskie dania: kluski z makiem, zupa grzybowa, karp, śledzie, czerwony barszcz z uszkami.

Pierogi były?

Pierogi? Oczywiście! Z kapustą i grzybami. To były tradycyjne kolacje wigilijne: siano pod obrusem, jedno miejsce wolne dla strudzonego wędrowca, dzielenie się opłatkiem. Jako dziecko nie bardzo wiedziałem, o co z tym opłatkiem chodzi, smakował mi po prostu i tyle. Dopiero potem zrozumiałem, jaka jest tego istota.

Kolędowaliście?

Nie, ja nie uczestniczyłem w kolędowaniu. Czasami do nas przychodzili nasi sąsiedzi, czy dzieciaki z okolic domagając się, żebyśmy im coś dali do kieszeni, albo włożyli do koszyka. No to słuchaliśmy tych niezdarnych, wokalnych popisów, ale z pobłażaniem. Święta, to przecież czas wielkiego pobłażania.

Były prezenty po choinką?

Zawsze któryś z wujków był świętym Mikołajem, były więc prezenty i to sprawiające nam ogromną radość, chociaż bardzo proste: mały konik z drewna na przykład. Jeśli chłopak dostawał samochód strażacki, a dziewczynka lalkę, to już było wielkie wydarzenie i łzy radości.

A pamięta Pan jakiś prezent szczególnie Panu bliski, albo taki zupełnie nietrafiony?

Nie, nie dostawałem nietrafionych prezentów, ale pamiętam, że jak już byłem podrastającym chłopakiem, dostałem strzelbę na sprężynę, z której można było strzelać i bardzo byłem tym prezentem zachwycony.

Pan dużo czasu poświęca na robienie prezentów innym?

Nie, nie dużo….

Zamawia Pan prezenty przez internet?

Skąd! Nie zamawiam prezentów przez internet i od dłuższego już czasu kupuję na podarunki książki. W ogóle uwielbiam klimat i zapach księgarni. Możliwość przejścia się między regałami, szelest przerzucanych stron. A dla żony, syna i wnuczki oprócz książek wybieram jeszcze jakiś kosmetyk, ale na tym znam się słabo, więc zwykle proszę o pomoc.

Nie przeszkadza Panu, że te święta tak bardzo się skomercjalizowały?

Bo to nie są już święta, jakie pamiętamy z dzieciństwa. To prawda, skomercjalizowały się i co więcej zaczynają się wcześniej. Sezon świąteczny zaczyna się często zaraz po 1 listopada, więc po wzruszeniach nad grobami przechodzimy z marszu do choinki i świątecznych prezentów. Ale w tym kierunku poszedł cały świat. Okres Bożego Narodzenia, to świetny czas dla producentów, sklepów i całego przemysłu choinkowo - świątecznego. Trzeba się do tego przyzwyczaić i odnaleźć, mimo wszystko, jakieś uroki w tym wszystkim, co się zmieniło.

Śniegu strasznie brakuje, prawda?

Śniegu brakuje najbardziej! Kiedyś były prawdziwe zimy. Pamiętam czasy, choć niekoniecznie związane z Bożym Narodzeniem, kiedy temperatury sięgały minus 25 stopni Celsjusza i dla nas, dzieciaków, to były zachwycające dni. Nie chodziliśmy wtedy do szkoły, bo było za zimno. Z niecierpliwością rano obserwowaliśmy termometr i kiedy było poniżej 20 stopni skakaliśmy z radości, bo to oznaczało, że pewnie zostaniemy w domu i będzie więcej czasu na zabawę.

Święta, koniec roku, to taki czas podsumowań. Pan sobie, w późniejszym oczywiście wieku, takie podsumowania robił?

Siłą rzeczy, kiedy składamy sobie życia noworoczne, to mówimy: „Oby ten nowy rok był lepszy!”, a szczęściarze mówią: „Oby nie był gorszy od tego, który minął”. To czas zatrzymania się w biegu, refleksji, próby oceny mijającego roku. Wszyscy przeprowadzają taki bilans, ja także.

I jakie ma Pan refleksje w tym roku? To nie był dobry rok dla lewicy, dla Pan też nie najlepszy.

I dla mnie i dla lewicy, to był ciężki rok. Na pewno w noc sylwestrową powiem: „Dobrze, że stary rok sobie poszedł. Oby ten 2016 był lepszy, niż ten, który właśnie mija”.

Dlaczego tak potoczyły się sprawy, jak Pan myśli? To był rok złych decyzji?

Na taki stan rzeczy złożyło się wiele czynników, ale najlepiej szukać błędów u siebie. Jak się potem okazało, nasze decyzje nie były optymalne, oczywiście można było podjąć lepsze. Chociaż otoczenie zewnętrzne też były bardzo trudne.

Dzisiaj podjąłby Pan inne decyzje, wiedząc, do czego doprowadzą te podjęte w 2015 roku?

Oczywiście! Przecież jeszcze dwa lata temu mieliśmy według różnych badań 14 - 16 a nawet 19 procent poparcia społecznego i tak szybko straciliśmy grunt, na którym zaufanie Polaków budowaliśmy. Cztery lata temu zaczynaliśmy z bardzo niskiego pułapu i pierwsze dwa lata, to było mozolne, ale cały czas pięcie się w górę. Niektórzy z moich kolegów nawet zastanawiali się, kiedy przegonimy Platformę Obywatelską. Szło całkiem nieźle, a później zaczął się spadek naszych notowań i w kolejnych kampaniach wyborczych robiliśmy niezadawalające wyniki. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało będzie wymagała pogłębionych dociekań i myślę, że kiedyś w przyszłości ktoś takie badania zrobi.

A Pan myśli, że co się stało?

Na pewno jakąś własną diagnozę Pan ma. Sądzę, że pięliśmy się w górę, kiedy opinia publiczna widziała w nas pretendentów do współrządzenia, oczywiście w domyśle – z Platformą Obywatelską. Ludzie, zwłaszcza ten wędrujący elektorat, chętnie wiążą się z partią polityczną, kiedy ma ona szanse na sprawowanie władzy. Po dwóch latach zaczęliśmy ten wizerunek tracić. U nas na lewicy zwykło się mówić, że partia powinna pachnieć chlebem, ale ja bym dodał – powinna pachnieć chlebem i władzą. Wtedy ma duże szanse powodzenia.

A wyście tą władzą pachnieć przestali?

Pachnieliśmy coraz mniej. Zaczęliśmy być bardziej opozycyjni w stosunku do Platformy Obywatelskiej, a PO bardziej opozycyjna w stosunku do nas. Jednocześnie podkreślaliśmy, że z PiSem nie pójdziemy nigdy. Potencjalny wyborca mógł pomyśleć „skoro z nikim nie chcą rządzić, to po co na nich głosować”. Być może tym trzeba tłumaczyć jakąś część spadku naszych notowań.

Wystawiłby Pan Magdalenę Ogórek w wyborach prezydenckich, jako waszego kandydata na urząd prezydenta?

Generalnie, to nie był zły pomysł. Pierwsze notowania, jak pani pamięta, dawały Magdalenie Ogórek 6 a nawet 8 i 9 procent poparcia. Natomiast w pewnym momencie straciliśmy możliwość komunikacji z panią Ogórek. Nasza kandydatka postanowiła pójść swoją drogą dystansując się, a nawet odcinając się od SLD i ta droga wiemy, jak się skończyła. Jestem przekonany, że gdyby współpraca między nami nosiła znamiona solidnej kooperacji, to jej wynik byłby o wiele lepszy.

Zjednoczenie na lewicy, przynajmniej częściowe, tuż przed wyborami, to nie był błąd?

Siłą rzeczy wasz próg wyborczy był większy. Na niedawnej konwencji SLD przeżyłem mocną falę krytyki. Spora część delegatów schłostała nas za to, że zdecydowaliśmy się na ten krok. Dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak by było gdybyśmy poszli sami do wyborów pod sztanb darem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Można stawiać różne hipotezy, ale nie wiadomo, jaki byłby wynik. Mogło być różnie.

I co dalej z lewicą? Jaka przed wami przyszłość?

Lewica ma kłopoty w całej Europie. Niestety, ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego znowu zostały przegrane, chociaż socjaliści i socjaldemokraci prowadzili bardzo dobrą kampanię. Problemy lewicy w Europie Zachodniej wynikają m.in. z tego, że duża część tradycyjnych haseł została już zrealizowana, a nawet najbardziej liberalne, prawicowe ugrupowania mają swoje programy socjalne i społeczne. Do tego dochodzi jeszcze stosunek społeczeństw do imigrantów i uchodźców. Ludzie boją się niekontrolowanej imigracji, a lewica kojarzy się z tymi, którzy chcą przyjąć każdego. W Polsce nastroje i postawy społeczne od lat przesuwają się w prawo. W konsekwencji dominują dwa ugrupowania prawicowe: jedno bardziej liberalne, drugie bardziej konserwatywne. Na to nakładają się skutki tragedii smoleńskiej, które wywierają ogromny wpływ na całe życie polityczne. Mimo tych ograniczeń jestem przekonany, że lewica ma spore atuty, tylko musi dokonać redukcji celów i skupić się na jednej uniwersalnej kwestii np. na potrzebie równych szans. Desperacja wielu zwłaszcza młodych ludzi wynika z przekonania, że nie ma ich w żadnej dziedzinie i w żadnej rywalizacji. Ani ekonomicznej, ani społecznej, ani politycznej. Trzeba przedstawić dobry program wyrównywania szans. W ten sposób można utrzymać dotychczasowych wyborców i pozyskać nowych.

Wiele osób uważa, że to nie będą spokojne święta z powodu tego, co się dzieje w kraju. Pan też tak uważa?

Napięcie rośnie, ostatnie demonstracje są tego przykładem. Są niewątpliwie dwie Polski, które było widać na dwóch wielkich manifestacjach. Jest jeszcze trzecia, milcząca Polska, która na to wszystko patrzy. Ta, która chciałaby mieć spokój i godne warunki życia. Ta trzecia Polska zdecyduje. Nie teraz oczywiście, następne wybory odbędą się za cztery lata, ale to ona będzie miała najwięcej do powiedzenia. Natomiast to, że klimat wrogości narasta widać gołym okiem. Pytanie, gdzie to się wszystko zatrzyma.

No właśnie! Wierzy Pan, że opozycja i rząd zdołają jakoś tę sytuacje uspokoić? Bo sytuacja wydaję się dramatycznie zła.

Abstrahując od problemu Trybunału Konstytucyjnego obóz, który stracił władzę, a więc PO, PSL i liczni jego beneficjenci nie poddadzą się bez walki. Inna rzecz, że Kaczyński im to ułatwia mnożąc konflikty i otwierając wiele frontów naraz. Co ciekawe, koncentruje się przy tym na obszarze ideowym i politycznym, a nie gospodarczym i społecznym. Ten drugi jakby nie istniał, co świadczy o słabości kadr tam skierowanych i ich nieporadności medialnej. A z drugiej strony …

Myśli Pan, że to, co się dzieje to wina tylko tych, którzy stracili władzę?

Właśnie o tym mówię – to z jednej strony. A z drugiej – obóz tych, którzy żyli przez wiele lat w poczuciu krzywdy, poniżenia i braku możliwości realizacji swoich aspiracji. Oni prą do przodu w jakimś oszołomieniu nie bacząc na hamulce, których powinni używać. Dla Polski o wiele lepiej byłoby gdyby PiS skoro otrzymał mandat do rządzenia prowadził politykę rzeczową, chłodną, pozyskując zwolenników, a nie mnożąc przeciwników. Byłoby też lepiej gdyby Jarosław Kaczyński nie wypełniał roli premiera, tylko nim był. Uważam zresztą, że za jakiś czas nim zostanie. Na razie Kaczyński z tylnego siedzenia realizuje swój program, korzystając z faktu, że nie musi układać się z żadnym koalicjantem. Te obozy, to dwa pociągi, które suną naprzeciw siebie i rodzi się pytanie, czy zderzą się w jakiejś fatalnej katastrofie, czy jakoś się wyminą, bo o zatrzymaniu się naprzeciw nie ma mowy. Rok 2016 odpowie na pytanie, czy dojdzie do katastrofy, czy nie. Rząd chyba się jednak nie spodziewał aż takiej demonstracji 12 grudnia.

Niektórzy mówią, że dopiero ta ekipa obudziła zaspane, zadowolone z życia lemingi, które zdecydowały się wyjść na ulicę.

No tak, ale propisowska demonstracja następnego dnia była jeszcze większa. Dwie manifestacje, które przeszły ulicami Warszawy reprezentowały dwie Polski podejrzliwe i niechętne wobec siebie. Jeszcze nie nienawistne, choć wyraźne tego symptomy są już widoczne. Pierwsza – to zwolennicy władzy utraconej przez PO-PSL oraz ludzie wprawdzie krytycznie nastawieni do ośmiu lat ich rządów, ale przekonani, że Kaczyński jest o wiele gorszym złem. Liderzy PO, Nowoczesnej i ludowców trochę krępując się trzymaniem pierwszych skrzypiec próbowali wypchnąć na pierwszy plan Komitet Obrony Demokracji, ale próby te okazały się groteskowe. W roli dyrygenta został obsadzony Ryszard Petru zamieszkały obecnie w studiach telewizyjnych i radiowych, a wcześniej niestrudzony lobbysta wielu banków i sektora finansowego. Niewątpliwy też beneficjent czasu „zielonej wyspy” i stały aspirant do udziału w rządzie premiera Tuska. U jego boku pojawiła się Barbara Nowacka, co dało asumpt do wielu sarkastycznych i zjadliwych komentarzy. Druga Polska – to zdeklarowani zwolennicy PiS i jego prezesa. Ci nie mają wątpliwości, że ludzie „ancien regime” to ludzie „najgorszego sortu”, złodzieje i szubrawcy, do których jak ulał pasuje krążący po internecie mem z napisem „Ojczyznę doj

ną racz nam zwrócić Panie”.

Pan się czuje człowiekiem „najgorszego sortu”? Nie czuję się człowiekiem najgorszego sortu. Jestem obywatelem mojego kraju i tyle. Natomiast posługiwanie się takimi epitetami: że ten jest lepszy ten gorszy – z obydwu stron zresztą – tylko niepotrzebnie wzmaga emocje i powszechną niechęć, która może się przerodzić w nienawiść. Po raz pierwszy od lat opozycja jest tak zjednoczona, Pana to niż zdziwiło? W poprzednim Sejmie, to byłoby raczej trudne, więc rzuca się to w oczy. Chociaż, proszę zwrócić uwagę, że Pawła Kukiza na demonstracji 12 grudnia nie było. A więc nie cała opozycja.

No tak, ale Pawła Kukiza w ogóle nie widać, podobnie jak Platformy Obywatelskiej. Na pierwszy plan wychodzi Ryszard Petru.

Tylko dlatego, że Platforma na to pozwala. Jak już wspomniałem Petru jest bezsprzecznie beneficjentem ośmiu lat rządów PO. Będzie wszędzie tam, gdzie poprzedni obóz władzy i ludzie z nim związani będą prezentować swoją niechęć i żal za utraconymi stanowiskami.

Kto zostanie przewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej, jak Pan myśli?

Tego nie wiem. Zgłosiło się dziesięć osób ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu.

Dlaczego zaskoczeniu?

Myślałem, że zgłoszą się trzy, cztery osoby. To też dowód na to, że bycie przewodniczącym SLD jest nadal stanowiskiem atrakcyjnym dla ludzi Sojuszu. Mnie to bardzo cieszy, jak i to, że odbędą się powszechne wybory szefa, albo szefowej SLD oraz bezpośrednie wybory delegatów na VI Kongres. Będę śledził procedury wyborcze i czekał na rozstrzygnięcie, które nastąpi albo 16 stycznia, albo tydzień później, bo jeżeli 16 stycznia żaden z kandydatów nie uzyska bezwzględnej większości, to będzie dogrywka na kongresie 23 stycznia.

A Pan? Na kogo zagłosuje? Proszę zrozumieć, że nie będę mówił o żadnych nazwiskach, bo chcę pozostać w tej kwestii bezstronny. Niech decydują członkowie SLD.

Ale pewnie ma Pan swojego faworyta?

Mógłbym bardzo dużo powiedzieć o każdym z kandydatów, ale nie zrobię tego, bo nie chcę nikomu przeszkadzać i nie chcę wpływać na opinie moich kolegów i koleżanek. Na konwencji zaprezentowało się dziesięcioro kandydatów na szefa SLD i byłem zbudowany poziomem ich wystąpień. Wszyscy zdają sobie sprawę, że lewicy nie ma w Sejmie, ale jest w społeczeństwie. Głosowało na nas dobrze ponad milion wyborców. To jest kapitał, który możemy pomnożyć, albo utracić.

Kto zostanie przewodniczącym Platformy, jak Pan myśli?

Myślę, że w starciu Siemoniak-Schetyna większe szanse ma Schetyna. Ale u nich też są wybory powszechne, wiec trudno powiedzieć. Jeżeli przywódca partii jest wybierany na konwencji czy kongresie, gdzie jest 500-700 osób, to można stosunkowo łatwo przewidzieć, jaki będzie wynik takich wyborów. Jeżeli jednak jest wybierany przez wszystkich członków partii, to bardzo trudno to zrobić.

Jakie ma Pan plany na święta?

Mam plany bardzo domowe. Kiedy byłem w Sejmie i musiałem zajmować się polityką od rana do nocy, to kupowałem wiele książek i odkładałem je na półkę. Zebrał się tego, widzę, spory stosik. Teraz będę z tej półki zdejmował kolejne pozycje. Więc to będą święta rodzinnych rozmów, czytania książek, długich spacerów, a w wigilię czekają nas dwa, albo trzy stoły, bo musimy kolędować od jednego bliskiego domu do drugiego. Ciekaw też jestem, co mi powiedzą moje dwa psy, bo od pewnego czasu odbywają jakieś narady, rzucają porozumiewawcze spojrzenia i robią tajemnicze miny. Zapewne przygotowują wigilijne mowy i listę postulatów.

Pan miał jednego psa! Dokupiliście sobie drugiego?

Najpierw miałem dwa, potem przez kilka lat piesek był u mojej wnuczki, a teraz go odzyskaliśmy: mamy więc pieska i suczkę, które doskonale się znają i za sobą przepadają.

Nie będzie Panu brakowało Wiejskiej?

Oczywiście, że będzie. Każdy kto tam spędzi wiele lat to tak, jakby wstrzyknął sobie narkotyk. Szalenie trudno się potem od niego uwolnić. Odwyki są zawsze bolesne. Nie wierzę byłym posłom, parlamentarzystom, którzy mówią: „A, byłem, ale teraz nie będę tęsknił!” Nie, tak nie jest! Zawsze, jak się patrzy w telewizor i widzi się jakieś sceny z Sejmu, serce bije mocniej. Więc moje też będzie mocniej biło.

Szkoda Panu, że nie weszliście do parlamentu?

Szkoda, bo jest fantastyczna okazja: z jednej strony jest silna, pisowska radykalna prawica, a z drugiej nieporadna, pomieszana opozycja. Ładnie moglibyśmy w ten krajobraz się wpisać. Zarówno ja, jak i wielu moich kolegów lubimy polemiki, cięte riposty, burzliwe debaty. To jest Sejm dla nas. No i pan Petru nie miałby tak łatwego życia, jak dzisiaj.

A jak się zagospodaruje w przyszłym roku Leszek Miller?

Przez sześć lat nie byłem posłem. Wiem, co trzeba mniej więcej robić. Na pewno będę dalej uczestniczył w życiu politycznym, choć oczywiście nie na pierwszej linii frontu. Coś od czasu do czasu skomentuję, coś napiszę, z kimś się spotkam. Będę aktywniej uczestniczył w życiu rodzinnym, będę chodził do kina, bo kocham kino, a nie miałem na nie specjalnie czasu. Jednym słowem: nie będę się nudził. Od czasu do czasu przyjdę do Sejmu zobaczyć, co się dzieje.

Jakoś nie wyobrażam sobie Leszka Millera gotującego obiady.

I słusznie, bo jestem słabym kucharzem, więc tu się pani nie pomyliła. Umiem tylko kilka prostych rzeczy: na przykład ugotować jajko na twardo, jajko na miękko, zrobić jajecznicę, zaparzyć kawę i herbatę. Potrafię też zrobić sałatkę z pomidorów, ogórków i cebuli, a onegdaj naleśniki z powidłami. Może nawet w święta spróbuję.

To może sprzątanie wychodzi Panu lepiej?

Nie mam problemu ze sprzątaniem, od czasu do czasu sprzątam własny pokój. Nie mam do tej czynności żadnej awersji. Poza tym w Marynarce Wojennej bez przerwy coś sprzątaliśmy. Zawsze zostają spacery z psami i wnuczką. Częściej z żoną, bo wnuczka ma już 19 lat! No tak, to już nie spaceruje z dziadkiem. Spaceruje z kimś innym. Natomiast od czasu do czasu zapraszam ją na obiad, albo po prostu żeby pogadać do jakiejś kawiarni. Bardzo te nasze spotkania lubię, bo bardzo dobrze mi się z moją, dorosłą już wnuczką rozmawia. Czasami wspominamy stare czasy, kiedy była małą dziewczynką i kiedy przysparzała nam ogrom radości. Zresztą podobnie jak teraz. 

Źródło: Polska The Times, 24 grudnia 2015 r.



Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.