Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Elsner: Jałmużna PiS-u

dodano 2016-12-05 10:09 w kategorii: Informacje

Czy podwyższenie kwoty wolnej od podatku, uchwalone przez Sejm, można uznać za spełnienie obietnicy wyborczej PiS-u? Zdecydowanie nie! To tylko jałmużna, podarowana najuboższym Polakom przez rządzących.

Trybunał Konstytucyjny orzekł w zeszłym roku, że zapisana w ustawie kwota wolna od podatku, wynosząca 3089 złotych jest za niska i sprzeczna z Konstytucją. Narusza bowiem artykuł 2 – jeden z podstawowych artykułów Konstytucji – mówiący, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Co było podstawą zakwestionowania przez sędziów Trybunału Konstytucyjnego wysokości kwoty wolnej od podatku? Wyliczenia Instytutu Pracy i Polityki Społecznej. Instytut ten rokrocznie określa wysokość minimum egzystencji, będącego miarą tak zwanego skrajnego ubóstwa. Minimum egzystencji – to kwota pieniędzy konieczna do zaspokojenia podstawowych potrzeb na minimalnym poziomie, poniżej którego następuje biologiczne zagrożenie życia i rozwoju człowieka. Wysokość minimum egzystencji zależy oczywiście od wielu czynników, w tym od ilości osób wspólnie prowadzących gospodarstwo domowe. Dla osoby samotnej w wieku produkcyjnym wartość tego minimalnego koszyka wydatków określono w roku 2015 na 545,76 zł miesięcznie. Rocznie daje to w zaokrągleniu 6550 złotych. Porównując kwotę minimum egzystencji z kwotą wolną od podatku dochodowego wynoszącą 3089 złotych rocznie, można powiedzieć, że państwo polskie ściąga podatek dochodowy nawet od tych, których dochód nie wystarcza na zaspokojenie minimalnych potrzeb życiowych. I na to właśnie zwrócił uwagę Trybunał Konstytucyjny. I słusznie! Można jedynie zastanawiać się, czy trzeba było aż wyroku Trybunału Konstytucyjnego i dlaczego żaden z rządów III Rzeczypospolitej, nie wyłączając rządów lewicy, tej oczywistej niesprawiedliwości społecznej nie dostrzegał i nie naprawił?

Strach rządzących

Również rząd PiS-u, mimo zapowiedzi z okresu kampanii wyborczej, nie kwapił się z podwyższeniem kwoty wolnej od podatku. Trybunał Konstytucyjny swoim wyrokiem wykreślił z ustawy podatkowej artykuł o kwocie wolnej wynoszącej 3089 złotych, dając Sejmowi czas do końca listopada tego roku na ustawowe określenie nowej, wyższej kwoty wolnej od podatku. Ale posłowie obozu rządzącego, dwa tygodnie temu, z powrotem wpisali do ustawy podatkowej dokładnie taką samą, co do złotówki, kwotę wolną – 3089 złotych. Ustawa została w Sejmie przegłosowana i wydawało się, że wszystko pozostanie po staremu – przynajmniej, jeśli chodzi o rok 2017. Nagły rwetes podniósł się w Senacie, dokąd ona trafiła. Do rządzących dotarło, że podatnicy, mając w ręku korzystny dla siebie wyrok Trybunału Konstytucyjnego, pójdą z nim do sądu. I po przegranych procesach, państwo będzie musiało zwracać im część zapłaconego podatku, wynikającą z niewykonania wyroku Trybunału. A jak do sądu pójdzie dwadzieścia milionów Polaków, to się dopiero będzie działo. Strach przed masowymi pozwami podatników był główną przyczyną zmiany – przyznał to, choć nie wprost, poseł sprawozdawca ustawy podatkowej, Tadeusz Cymański. Z dnia na dzień dowiedzieliśmy się, że Prawo i Sprawiedliwość zmieniło zdanie i choć „za pięć dwunasta”, to jednak chce kwotę wolną od podatku łaskawie podwyższyć. Zaczął się wyścig z czasem, bowiem zmiany podatkowe dotyczące kolejnego roku, powinny wejść w życie najpóźniej do końca listopada. Ale dla PiS-u ekspresowe tempo legislacji i nocne obrady parlamentu to nie pierwszyzna. Z kwotą wolną uwinęli się w 20 godzin. Pięć minut po przegłosowaniu w Sejmie, ustawę na sygnale zwieziono do pałacu prezydenckiego, gdzie prezydent Duda już trzymał pióro w ręku. Po godzinie Dziennik Ustaw z datą 29 listopada został wydrukowany. Całe 24 godziny przed terminem. To się nazywa tempo. Tylko, co tak naprawdę uchwalono?

Jałmużna PiS-u

Internet ma długą i dobrą pamięć. Ktoś wyszperał i policzył zapowiedzi prominentnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, z premier Szydło i prezydentem Dudą na czele, z czasów kampanii wyborczej, odnoszące się do kwoty wolnej od podatku. Znalazł ich 44! Wszystkie jednobrzmiące: „kwotę wolną od podatku podwyższymy WSZYSTKIM podatnikom i to do 8000 zł.”. Dlatego, jeśli słyszymy głosy, że PiS w tym tygodniu zrealizował swoje zobowiązanie przedwyborcze – to Ci, którzy to mówią, zwyczajnie kłamią. Kwota wolna od podatku została podwyższona do 6600 złotych, ale jedynie dla tych podatników, których roczny dochód nie przekracza tej kwoty. W przedziale dochodów rocznych między 6600 zł a 11 000 zł kwota wolna od podatku stopniowo maleje, a po przekroczeniu dochodu rocznego 11 000 zł pozostaje na dotychczasowym poziomie. Natomiast dla podatników zarabiających ponad 127 tysięcy rocznie, kwota wolna od podatku w ogóle została zlikwidowana. Podsumowując: dla 85 proc. podatników z szumnych zapowiedzi PiS-u została figa z makiem – w 2017 roku zapłacą taki sam podatek, jak dotychczas. Nad grupą kilkuset tysięcy podatników, zarabiających miesięcznie powyżej dziesięciu tysięcy złotych – nadmiernie bym się nie rozczulał. Zabranie im możliwości odliczenia kwoty wolnej od podatku oznacza stratę mniej niż stu złotych miesięcznie. Zamiast wypłaty „na rękę” 9000 złotych, dostaną 8900 złotych. Dadzą sobie radę. Uszczerbku w swoich zarobkach nawet nie zauważą.

A najbiedniejsi? Najbiedniejsi faktycznie coś zyskają. Ale też chyba nieliczni. Bo można sądzić, że tylko nieliczna grupa podatników zarabia mniej niż tysiąc złotych miesięcznie – a jedynie ci „załapują się” na podwyżkę kwoty wolnej od podatku. I tu dane ministerstwa finansów zaskakują. Podczas debaty sejmowej wiceminister finansów Paweł Gruza podał wyliczenia, z których wynikało, że beneficjentami podwyżki kwoty wolnej od podatku będzie 3,5 miliona Polaków, w tym 1,5 do 2 milionów rencistów i emerytów. Jeśli wyliczenia ministerstwa są rzetelne, to z całego harmidru wokół kwoty wolnej od podatku, szczególnie te liczby warto zapamiętać. Mówią one bowiem, że w średniozamożnej Polsce, w drugim dziesięcioleciu obecności w Unii Europejskiej, ponad 3 miliony obywatelek i obywateli zarabia mniej niż wynosi minimum egzystencji! Działanie PiS-u, który dodał najuboższym parę groszy,
w żadnym stopniu nie rozwiązuje problemu ich ubóstwa. Jest tylko formą jałmużny!

Hipokryzja opozycji

Siedziałem podczas debaty podatkowej na galerii sejmowej. Wsłuchując się szczególnie uważnie w głos opozycji. Ryszard Petru walczył jak lew w obronie tych, którym z dziesięciu tysiaków miesięcznie zabrano wspomnianą już stówkę. Posłanki i posłowie Platformy Obywatelskiej byli pryncypialni w krytyce: PiS obiecywał, że podwyższy kwotę wolną wszystkim podatnikom, a nie podwyższył. Politycy PO szybko zapomnieli, co sami zdołali zdziałać w walce o wyższą kwotę wolną, gdy przez 8 lat rządzili. Otóż, nic! Ani razu nie tknęli palcem tej rażąco niskiej kwoty wolnej, nawet w odniesieniu do najuboższych. A dodatkowo przez cały okres swoich rządów nie waloryzowali ani kwoty wolnej, ani progów podatkowych, nawet w stopniu odpowiadającym poziomowi inflacji. To zaniechanie waloryzacji skutkowało tym, że rokrocznie mieliśmy ukrytą podwyżkę podatku dochodowego. Zaniechanie waloryzacji doprowadziło do tego, że realna kwota wolna od podatku dochodowego pod koniec rządów PO była o jedną czwartą niższa niż na początku ich rządów w 2007 roku. Nie chcę bronić PiS-u, bo zbyt wiele ma za uszami, ale akurat czepianie się kwoty wolnej przez polityków PO to szczyt hipokryzji.

Zero procent podatku

Zmiany wprowadzone do ustawy podatkowej, dotyczące różnej kwoty wolnej dla różnych grup podatników, mają swój skutek uboczny. Zamiast upraszczać podatki, PiS dodatkowo je skomplikował. Szkoda, że nie skorzystano z propozycji, którą prezentowałem w imieniu Klubu Poselskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej w kwietniu 2015 roku. Proponowaliśmy wówczas wprowadzenie dodatkowej stawki podatkowej wynoszącej 0 proc. Podatku dochodowego, według propozycji SLD, nie płaciliby Ci, których dochód byłby niższy od płacy minimalnej. W przyszłym roku będzie to rocznie 24 000 złotych brutto. Budżet nie jest z gumy, a podwyżka kwoty wolnej od podatku zasadniczo zmniejsza wpływy podatkowe. Dlatego też w naszej ówczesnej propozycji zakładaliśmy pozostawienie niezmienionej kwoty wolnej dla średnich zarobków i zabranie możliwości odliczania kwoty wolnej dla najwięcej zarabiających (ponad 85 000 zł rocznie). Jak widać, rząd PiS-u poszedł, co do zasady, drogą zaproponowaną w ubiegłym roku przez SLD: polepszyć podatkową dolę najbiedniejszym, kosztem zwiększenia (zresztą niewielkiego) obciążenia podatkowego najzamożniejszych. Tyle że, porównując rządową kwotę wolną od podatku, wynoszącą 6600 zł, z propozycją SLD, wychodzi na to, że PiS zrealizował zaledwie 25 procent tamtej propozycji. Przy okazji komplikując wypełnianie PIT-ów.

Wstydliwy szczegół

Jest jeszcze jeden wstydliwy szczegół w dyskusji o kwocie wolnej od podatków. Wstydliwy dla posłanek i posłów. Mam na myśli dietę poselską – wolną od podatku. Diety otrzymują też samorządowcy, również nie płacąc od tego podatku dochodowego, ale różnica jest istotna. Dieta jest dla samorządowców jedynym wynagrodzeniem z tytułu „wykonywania czynności związanych z pełnieniem obowiązków społecznych lub obywatelskich”. Z reguły oni gdzieś jeszcze pracują. Posłowie zawodowi, a takich jest większość, oprócz diety otrzymują w Sejmie normalne wynagrodzenie za pracę. Roczna kwota diety do 27 360 złotych jest zwolniona z podatku dochodowego. Jak się do tego doda obowiązującą ogół podatników kwotę wolną 3089 złotych, wychodzi ponad 30 tysięcy złotych. Wniosek jest oczywisty: posłowie, jako jedyna grupa podatników w Polsce, mają kwotę wolną od podatku wynoszącą 30 449 złotych. Do tematu wynagrodzeń parlamentarzystów warto jeszcze wrócić. Bo podczas debaty na sali sejmowej, o poselskiej „kwocie wolnej” nie wspomniał żaden poseł.

WINCENTY ELSNER

Artykuł oryginalnie ukazał się w „Dzienniku Trybuna”



Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.